Czasami przeczyta się książkę i nie wie się, co ze sobą zrobić. Zazwyczaj następuje to po lekturze pozycji wybitnych, takich, które zapadają w pamięć na całe życie. Powieść, której recenzją się dzisiaj chcę podzielić z całą pewnością nie jest wybitna (ba, nie jest nawet blisko bycia bardzo dobrą), ale ciężko ją sobie wymazać z pamięci.
Mowa o "Alkaloidzie" napisanym przez autora podpisującym się nieprzypadkowym pseudonimem "Aleksander Głowacki". Rzekomo powieść ma być zaliczona do nowego podgatunku zwanego "chempunkiem", ale znacznie lepiej klimat odda sprawdzone i przyjęte określenie "steampunk".
Fabuła (nie, nie wymyśliłem tego)
Stanisław Wokulski (ten z "Lalki" B. Prusa) wynajduje narkotyk pozwalający na [wstaw to, czego aktualnie potrzebuje fabuła], czyniąc siebie jedynym jego producentem i najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Wszyscy się uzależniają od alkaloidu, naukowcy na dopingu przyspieszają rozwój technologiczny o całe stulecia. Żeby uniknąć globalnego chaosu i zniszczenia świata nowoczesną bronią, Wokulski tworzy plan obejmujący między innymi stworzenie w probówce dziecka jego oraz chińskiej kung-fu ninja lesbijskiej księżniczki królowej mafii (!), podróże w czasie (!!), anime-walki w powietrzu (!!!) oraz tworzenie wielu kopii zapasowych samego siebie (!!!1!1).
Problemy
Największy problem "Alkaloidu" to sam tytułowy narkotyk. Co parę rozdziałów dodawane są kolejne możliwości tej tajemniczej substancji, aż w końcu żadna przeszkoda nie wydaje się problemem, bo najpewniej zaraz zostanie rozwiązana nową funkcją alki.
Początek powieści - alkaloid czyni ludzi superinteligentnymi. Super! Po chwili dowiadujemy się, że zwiększa również siłę i ulepsza odruchy. Zrozumiałe, skoro użytkownik kontroluje swój umysł, potrafi też pewnie zdusić ból itp. Jak dotąd bez zarzutu.
Potem Wokulski przyczepia się do sufitu. Eee... okej? Może... wbił się ulepszoną siłą i fizycznie się tam na górze trzyma? Jakiś czas przedtem powracający z "Lalki" hrabia Ochocki wynajduje sposób na użycie alki do przewidywania przyszłości. No dobra, może to po prostu graficzna reprezentacja hiperinteligencji. Parę rozdziałów później Wokulski używa bilokacji. I tutaj już straciłem jakiekolwiek pojęcie, jak może działać alkaloid. Później dowiadujemy się, że użytkownicy mogą zmieniać się tymczasowo w wielkie mackowate potwory, tworzyć kopie ludzi z martwych ciał, a także po prostu latać. Bo czemu nie.
Świat przedstawiony się zatem wali sam pod sobą. Dlaczego Anglicy tworzą alkaloidowe zombi zamiast zmienienia ich w ogromne potwory? Nie wiadomo. Jeśli Wokulski ma moc kontrolowania ludzi (co zostaje wspomniane i nigdy się znowu nie pojawia), to po co potrzebuje konkretnego DNA dla swojego syna? Po co w ogóle robi cokolwiek, skoro ma swój magiczny kopizator (kolejna maszyna o niewytłumaczonym działaniu) i codziennie "pisze wszystko co się dzieje" w Polsce? Naprawdę, autor daje Wokulskiemu boskie moce, ale ani krztyny chęci, żeby zrobić z nich faktyczny użytek.
Powieść ma parę innych problemów; występują one głównie w pierwszej połowie. W zasadzie można pierwsze pół książki pominąć bez większych konsekwencji, bo tak czy inaczej nie wiemy, jak działa alkaloid i inne wynalazki.
A jednak wspomnienia miłe!
Koniec końców, przeczytałem coś, co jest jedną wielką absurdalną fanfikcją "Lalki". Byłoby dobrze, gdyby było więcej niż dwa albo trzy nawiązania do oryginału, ale wciąż - Wokulski jest anime superherosem. To zbyt absurdalne, żeby mi się mogło nie podobać. Od jakichś trzech piątych akcja zaczyna przyspieszać i nigdy nie przestaje. Sama końcówka jest świetna. Wielka szkoda, że cała powieść taka nie jest.
Myślę, że autor chciał zaprezentować za dużo pomysłów, do których nie potrafił wymyślić ciekawej fabuły. Stąd mamy przydługą historię, w której Witkacy (który z jakiegoś powodu jest tutaj gejem? W prawdziwym świecie miał parę kochanek, więc nie bardzo rozumiem ten wątek) pomaga w alternatywnej rewolucji październikowej w Rosji. Najwyraźniej wysłał go tam Wokulski w celu przetestowania maszyny kopiującej świadomość... tyle że musiał i tak go w tym celu sprowadzić z powrotem do domu, więc wydaje się, że to wszystko było jedną wielką stratą czasu, nie wnoszącą niczego ważnego do głównej fabuły.
Finałowa ocena
"Alkaloidowi" daję ocenę:
Fizyka Kwantowa / 10
Ponieważ jest pełen naukowej gadaniny, dużo w nim niesamowitego potencjału oraz jest powieścią, która - mimo że jest prawie fanfikcją - jest oryginalna. Jednocześnie, tak jak fizyka kwantowa, jest całkowicie niezrozumiały i nie ma żadnego sensu :-).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz